Wiele osób zastanawia się, czy po wygraniu sprawy z bankiem należy im się rekompensata w postaci takich odsetek i od kiedy właściwie powinno się je liczyć. Czy wystarczy złożyć reklamację w banku? A może dopiero pozew inicjuje ten bieg? Czy kluczowe jest dopiero pouczenie przez sąd o skutkach nieważności umowy? Sytuację skomplikowała uchwała Sądu Najwyższego z maja 2021 roku, której zgodność z unijnym prawem, a konkretnie dyrektywą 93/13, jest szeroko kwestionowana przez prawników.

Do tej pory standardem było to, że konsumenci domagający się unieważnienia umowy kredytowej z powodu jej abuzywnego charakteru, żądali także od banku odsetek za opóźnienie w zapłacie należności. Tego typu odsetki są z góry określone – ich wysokość zależy od aktualnej stopy referencyjnej, powiększonej o ponad 5 punktu procentowego. Dziś wynoszą one 12,5 proc. rocznie, co oznacza, że od 100 tysięcy złotych zaległości w ciągu roku można uzyskać 12 500 zł samej rekompensaty. Przy sprawach o dużej wartości to konkretna kwota, tym bardziej że procesy frankowe ciągną się latami.

Problem pojawił się jednak po wspomnianej uchwale Sądu Najwyższego, która zmieniła sposób interpretacji momentu naliczania odsetek. Sędziowie uznali, że kredytobiorca nabywa prawo do odsetek dopiero wtedy, gdy zostanie przez sąd dokładnie poinformowany o konsekwencjach prawnych unieważnienia jego umowy. W praktyce oznacza to, że wcześniej, nawet jeśli pozew został złożony, klient nie może skutecznie domagać się odsetek za cały ten okres. Dla konsumentów to spora zmiana na gorsze – wcześniej wiele sądów przyjmowało, że odsetki należą się już od dnia złożenia pozwu lub po upływie terminu wskazanego w wezwaniu do zapłaty.

Ta uchwała wywołała ogromne poruszenie w środowisku prawniczym. Wielu specjalistów uważa, że jej treść stoi w sprzeczności z prawem unijnym, zwłaszcza z dyrektywą 93/13, która zakłada nadrzędną ochronę konsumenta jako strony słabszej w relacji z przedsiębiorcą. Ograniczanie prawa do odsetek za opóźnienie, zwłaszcza gdy bank umyślnie przeciąga postępowanie, może być uznane za naruszenie tych zasad. W praktyce bowiem kredytodawcy coraz częściej grają na czas – składają kolejne zażalenia, wnioski dowodowe, wzywają świadków – wszystko po to, by jak najpóźniej oddać konsumentowi pieniądze. A warto pamiętać, że wartość zasądzonych kwot po kilku latach procesu – zwłaszcza w czasie wysokiej inflacji – może być już znacznie niższa w realnym wymiarze.

Niektórzy prawnicy sugerują, że można próbować obejść tę niekorzystną wykładnię Sądu Najwyższego poprzez złożenie wraz z pozwem oświadczenia o świadomości skutków prawnych nieważności umowy. Trudno jednak przewidzieć, czy sądy będą traktowały takie oświadczenia na równi z tymi złożonymi dopiero po pouczeniu przez sędziego. Jeżeli interpretacja przyjęta przez SN rzeczywiście jest niezgodna z unijnym prawem, kredytobiorcy mogą rozważyć kroki wobec Skarbu Państwa – jako podmiotu odpowiedzialnego za ewentualne szkody wynikające z błędnych rozstrzygnięć. Według niektórych ekspertów, sytuacja frankowiczów może naruszać zarówno zasadę równoważności, jak i skuteczności – ponieważ prawo, które powinno chronić konsumentów, realnie utrudnia im egzekwowanie przysługujących im roszczeń.